Długo myślałam nad tym, o czym będzie ten wpis.. Z reguły jest tak, że piszę i po prostu to jakoś samo tak idzie. W głowie mam bardzo wiele myśli, zrobiłam się naprawdę bardzo refleksyjna, ale może po prostu zacznę od tego, co najbardziej ostatnio leży mi na sercu..

Kiedy otrzymałam zdjęcia od Malwy i Seby, to po raz kolejny byłam wzruszona, zawsze się wzruszam, kiedy oglądam zdjęcia, na których jestem z dziewczynkami.
Napisałam Malwie, że otrzymałyśmy od nich niesamowity prezent, a dlaczego? Ponieważ na zdjęciach mamy uwieczniony moment z dnia, z dnia który, jak każdy inny był wyjątkowy.. Coś, co trwało 2h mamy na zawsze, zawsze możemy do tego wrócić.
I właśnie dlatego tak bardzo lubię te nasze wypady w plener i ten szał, ten luz, to wszystko, co się dookoła dzieje...

Ostatnia nasza wyprawa to rzepakowe pole. Synchronizacja moja i Patki jest niesamowita.. Zadzwoniłyśmy do siebie i oznajmiłyśmy chórem, że robimy zdjęcia w rzepaku i miałyśmy na myśli to samo pole.
Jednak ostatnimi czasy nasze wyprawy nabrały innego znaczenia, a to dlaczego? Do tej pory zawsze zdjęcia robiłyśmy same, były ich tysiące i co drugie było takie samo, a co najważniejsze... miałyśmy bardzo mało wspólnych zdjęć z dziećmi.
Tym razem w pole wybrałyśmy się z ekipą HOCOO (Malwa&Seba), dlaczego akurat z Nimi? A już Wam mówię dlaczego... z nami nie jest łatwo, trzeba być mega cierpliwym, trzeba ogarnąć ten cały chaos, który panuje dookoła, trzeba ogarnąć rozproszenie trójki naszych dzieci i trzeba ogarnąć też to aby zrobić piękne zdjęcia... i wiecie co? Im się to udaje.. Malwa i Seba są z nami, ale jakby ich nie było. Po prostu są i robią, nie denerwują się, mają cierpliwość ze złota... wspierają matki wielbłądzice w noszeniu tobołków, znoszą ataki histerii, ale też świetnie bawią się z naszymi dzieciakami i... mają oko! Wygnali nas w taką podróż, że później ciężko było dotrzeć z powrotem do samochodów... i pomimo tego, że moje nogi w drodze powrotnej odmawiały posłuszeństwa, a ręce więdły (zobaczycie na ostatnim zdjęciu).. to warto było!


I jak to ja... spacerując, biegając w rzepaku trochę rozmyślałam. Kiedy wysiedliśmy z samochodów i nagle nasze dzieci ujrzały rzepakowe pole.. Były w niesamowitym szoku. Nie mogłyśmy ich zatrzymać, biegali z uśmiechem na ustach i się nie zatrzymywali. Ciężko było w ogóle ich dogonić.. Nagle żeby super spędzić czas nie potrzebowali tabletów, telefonów czy telewizorów.. nie potrzebowali nawet zabawek. Po prostu biegli, czuli wiatr we włosach i oglądali wszystko to, co jest dookoła. Biegali pomiędzy alejkami, byli cali zakurzeni, brudni i szczęśliwi.. I wtedy właśnie pomyślałam sobie, że czasami na siłę uszczęśliwiamy nasze dzieci zabawkami, wręczamy im te wszystkie nasze elektroniczne nianie, a tak naprawdę wystarczy, że weźmiemy koc, torbę owoców i wodę.. i po prostu damy im wolną rękę, żeby mogli pobiegać, bez ograniczeń, bez zakazów i po prostu korzystać z tego piękna, które nas otacza. Sama wspominam moje beztroskie dzieciństwo, kiedy to całymi dniami siedzieliśmy na łąkach, budowaliśmy bazy, skakaliśmy przez rzeczki... czasy się zmieniły, ale dzieci nadal mają w dalszym ciągu takie same potrzeby, tak mało potrzebują do szczęścia. Potrzebują tylko naszego czasu, odrobiny kreatywności i po prostu NAS. 
W tych szalonych czasach tak ciężko o ten czas.. przecież godzina nie trwa krócej, dni są tak samo długie,a my mając tyle ułatwień mamy tak mało czasu dla siebie nawzajem.. 

Cieszę się, że na swojej drodze spotkałam Patkę... Pomimo tego, że jesteśmy inne, zupełnie inne w wielu kwestiach, to w tej jednej, a w sumie nawet w dwóch rozumiemy się bez słów. Obydwie jesteśmy totalnie zakochane w naszych dzieciach i obydwie po prostu kochamy cudownie spędzać z nimi czas i to wszystko uwieczniać.. tak żeby za 10 lat się spotkać i powspominać, jak to cudownie było, kiedy te nasze dzieci nie schodziły nam z rąk. I obydwie panicznie boimy się tego, co to będzie, jak te nasze dzieci trochę uciekną spod naszych skrzydeł i już nie będziemy im tak bardzo potrzebne.... dlatego misja na najbliższe lata jest taka, aby łapać te ulotne chwile, aby cieszyć się każdą minutą z tymi naszymi czortami, bo już jutro te nasze czorty będą o 10 lat starsze...

I oczywiście to nie jest tak, że nie mam gorszych dni i że czasami nie mam ochoty na chwilę uciec, ale uwierzcie mi.. piszę to całkiem szczerze, ja nawet, jak już przychodzi godzina odbioru moich myszek z przedszkola czy żłobka to biegnę w podskokach, bo nie mogę się ich tak bardzo doczekać, ta tęsknota jest tak wyjątkowa, że nigdy bym nie pomyślała, że tak bardzo zwariuję na ich punkcie.

Zapraszam Was na naszą krótką rzepakową wyprawę... :-)








































































zdjęcia - hocoo (Malwa&Seba)
Gabryś & Pati - Styl według Gabrysia 
wianek - misimi
sukienki - zara
© MilaMamaIda 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.